Idea słuszna, ale wykonanie zawiodło

Niebawem minie 230. rocznica uchwalenia Konstytucji 3 maja, która jest ważnym symbolem narodowym i elementem pamięci zbiorowej. Po II wojnie światowej, w PRL święto ustanowienia Konstytucji 3 maja zostało zdelegalizowane. Dopiero od 1989 roku znów jest świętem narodowym. Masowo podkreśla się jej nowoczesność – pierwsza w Europie, druga na świecie… Dlaczego w świadomości Polaków ta Konstytucja  jest tak ważna?

Władze i historiografia państw zaborczych uzasadniały rozbiory faktem, że Rzeczpospolita była anormalnym, zanarchizowanym tworem, w którym szlachta gnębiła inne warstwy ludności. Było to państwo niezdolne do normalnego, w kategoriach oświeceniowych, funkcjonowania. Likwidując je, właściwie wyświadczało mu się przysługę: rozbiory otwierały oświeconym monarchiom drogę do ucywilizowania ziem polskich i podniesienia życia ich mieszkańców. A zatem Polacy nie tylko sami sobie są winni upadku, ale właściwie powinni być wdzięczni zaborcom, że łaskawie zechcieli się narodem polskim zaopiekować.

Uchwalenie Konstytucji zatem, przeczyło temu obrazowi?

W tej narracji Konstytucja majowa była nie tylko brzydko brzmiącym dysonansem – ona wręcz zadawała kłam wywodom zaborców. Udowadniała, że Polacy jednak potrafili sami zreformować swój kraj. Rozbiory nie miały więc żadnego „cywilizacyjnego” uzasadnienia.

Co do delegalizacji święta majowego w PRL: Konstytucja była zerwaniem z protektoratem rosyjskim, a więc nie w smak była również czerwonemu caratowi, jakim był Związek Radziecki.

Choć to ważny symbol pamięci narodowej historycy nie są zgodni w jej ocenie. Niektórzy mówią wprost, że gdyby nie uchwalono Konstytucji 3 maja Rosja nie miałaby po co wkraczać do Polski. Że była to niejako prowokacja, na którą Rosja odpowiedziała w taki sposób, aby bronić swoich interesów imperialnych. Inni podkreślają wpływy wolnomularskie podczas tworzenia tej ustawy zasadniczej. Jaka jest Pana opinia?

W kategoriach bieżącej polityki międzynarodowej zarówno Konstytucja majowa, jak i całe dzieło Sejmu Wielkiego, obliczone na zrzucenie protektoratu rosyjskiego były rzeczywiście błędem. Idea była słuszna, ale wykonanie zawiodło.

Czy może Pan profesor tę tezę rozwinąć?

Otóż Rzeczpospolita nie była bynajmniej państwem niepodległym i to już od pierwszej połowy XVIII w. Narzucenie nam – na rosyjskich i saskich bagnetach – Augusta III w wojnie 1733-1734 r., a później wolna tylko z nazwy elekcja rosyjskiego nominata Stanisława Antoniego Poniatowskiego w 1764 r. jasno tego dowiodły. Podjęta w dobie konfederacji barskiej próba uwolnienia się spod rosyjskiego jarzma tylko pogorszyła sytuację, dając Prusom i Austrii okazję do wymuszenia na Rosji zgody na podzielenie się polskim tortem.

Po pierwszym rozbiorze państwo polsko-litewskie było skazane na rewizjonizm. Trudno wszak spodziewać się, że odrodzona i silna Rzeczpospolita, jaka miała powstać wskutek reform Sejmu Wielkiego, będzie akceptować utratę Prus Królewskich czy Galicji ze Lwowem. W Berlinie i Wiedniu doskonale zdawano sobie z tego sprawę. Prusacy zresztą sami grali tą kartą, namawiając Polaków w dobie kryzysu prusko-austriackiego do udziału w planowanej wojnie i odzyskania Galicji.

Na umocnienie się Polski nie mogła zgodzić się także Rosja, gdyż oznaczałoby to utratę protektoratu. Jak wiadomo, człowiek bardziej boleje nad stratą niż cieszy się z zysku – odsyłam do przypowieści o zgubionej owcy, która bardziej zaprząta myśl pasterza niż 99 pozostałych.

W tej sytuacji, decydując się na zerwanie z Rosją, Rzeczpospolita musiała poszukać sojuszników bądź sama wzmocnić się szybko na tyle, by dać radę wrogom, jak to uczyniła w tym czasie rewolucyjna Francja.

Sprawę sprytnie wykorzystały Prusy, namawiając Polaków do zrzucenia protektoratu rosyjskiego i zawiązując w zamian sojusz z Berlinem. Miał on nas chronić przed rosyjską inwazją.

Sojusz zawiódł?

No cóż, tu właśnie mamy popis naiwności politycznej polskich reformatorów. Był to bowiem sojusz polskiej owieczki z pruskim wilkiem przeciw rosyjskiemu niedźwiedziowi. Czyż można było spodziewać się, że Prusy podejmą wojnę z Rosją jedynie w imię miłości do Polski? Po której wszak mogły oczekiwać, że upomni się o dostęp do Bałtyku? Oczywiście, że nie!

Prusy postawiły swoją cenę: Gdańsk i Toruń. Polacy odmówili. Oczywiście nie wiadomo, czy otrzymawszy owe dwa miasta, król pruski i tak by nie zostawił nas w potrzebie (bardzo prawdopodobne). Niemniej bez nich nie miał żadnego interesu we wspieraniu Polski. Sytuację rozumiał król, który był przeciwny zrywaniu z Rosją. Rzecz w tym, że protektorat rosyjski był tak znienawidzony, że król nie zdołał go utrzymać.

Podsumowując: gdyby nie antyrosyjska działalność Sejmu Wielkiego z Konstytucją majową na czele, prawdopodobnie Rzeczpospolita przetrwałaby – nie wiemy, jak długo – jako rosyjska przybudówka. I może doczekalibyśmy lepszej koniunktury, np. pojawienia się Francuzów z Napoleonem, która pozwoliłaby nam skutecznie podziękować Rosjanom za dalszą opiekę. To są wszak oczywiście spekulacje. Faktem pozostaje, że uchwalenie Konstytucji stało się ostateczną zniewagą wobec Rosji i sprowokowało interwencję, zakończoną drugim – a w perspektywie i trzecim – rozbiorem.

Konstytucja obwiązywała jedynie 14 miesięcy. I oczywiście z perspektywy czasu inaczej ją oceniamy. Jednak na tamten czas i warunki XVIII-wiecznej Polski, które zapisy konstytucji według Pana były zdecydowanie pozytywne, postępowe i rzeczywiście rozwijały, i wzmacniały państwo polskie? A które zdecydowanie negatywne?

Nie jestem konstytucjonalistą, a raczej specjalizuję się w polityce międzynarodowej. Pozwolę sobie zatem uchylić się od rozważań od pozytywnych bądź negatywnych aspektach tych czy owych rozwiązań – zwłaszcza że, jak słusznie Pani zauważyła, Konstytucja na dobrą sprawę nie miała szansy sprawdzić się w praktyce.

Wskażę tylko na jeden element pozytywny i dwa negatywne, co by zaostrzyć potrawę, jako że wszyscy pewnie będą Konstytucję chwalić.

Pierwsze: dalsze osłabienie władzy królewskiej. Polacy tak bardzo bali się własnego rządu, że decydując się na monarchię dziedziczną, ograniczyli uprawnienia króla, sprowadzając go niemal do roli przewodniczącego republiki. Była to zresztą logiczna konsekwencja ewolucji ustroju, jaką obserwujemy od XV w.

Druga rzecz: nareszcie zniesiono wolną elekcję, która od dawna nie była wolna – ostatnia w 1697 r. –  i która rzadko kiedy dawała nam wybitnych władców. Częściej była okazją do interwencji państw sąsiednich, co wreszcie sami Polacy zrozumieli i zapisali to nawet w Konstytucji. Co więcej, wolna elekcja – a więc z perspektywy królewskiej, brak stabilizacji władzy w rodzinie – generowała permanentny spór między królem a narodem. Jest to temat na inną dyskusję, ale tu tylko go wzmiankuję. Czyż można było bowiem oczekiwać od króla, że przedłoży interes państwa nad interes własny, i własnej rodziny? Była to gruba naiwność, za którą słono zapłaciliśmy.

Trzecia rzecz, w nawiązaniu do poprzedniej: dobrze, że wprowadzono monarchię dziedziczną, ale wybór kandydata był zły. Na następcę Stanisława Augusta upatrzono bowiem księcia elektora saskiego Fryderyka Augusta. Był to niewątpliwie bardzo sympatyczny jegomość i na dodatek potomek królów polskich – obu Wettynów i po kądzieli Jana III Sobieskiego. Jego wybór był nawiązaniem do pewnej tradycji dynastycznej, jaka zdążyła się wytworzyć oraz ukłonem w stronę tradycjonalistów, mile wspominających „saskie ostatki”. Skoro jednak Konstytucja miała być zerwaniem z Rosją, trzeba nam było władcy, który byłby w stanie wziąć się za bary z rosyjskim niedźwiedziem.

Sas absolutnie nie nadawał się do tej roli. Lepszy byłby Hohenzollern  – może to by rzeczywiście zachęciło Prusy do realnej pomocy: wizja unii polsko-pruskiej? –  w ostateczności Habsburg – jakkolwiek na siły monarchii naddunajskiej zbytnio bym nie liczył. Nie wspomnę, że majstersztykiem byłoby od razu wyznaczenie któregoś z wnuków carycy. Może wtedy przymknęłaby oko na polskie przemiany. Jak zresztą wiemy, poniewczasie, chcąc ratować dzieło majowe, jego twórcy zaproponowali Rosjanom przeniesienie praw do tronu na wielkiego księcia Konstantego. Caryca miała jednak wówczas już inne plany.

Wyznaczenie Konstantego już w 1791 r. byłoby wszak przedłużeniem protekcji rosyjskiej, choć może w nieco znośniejszej formie, i być może zaowocowałoby odzyskaniem strat z pierwszego rozbioru, poniesionych na rzecz państw niemieckich? Wiemy wszak, że nasi reformatorzy byli tak antyrosyjscy, że nie przyszło im to do głowy.

Czy w Pana opinii istnieje w historii Polski jakieś wydarzenie, które jest niedocenione i nie istnieje w zbiorowej świadomości Polaków, tak mocno jak np. Konstytucja 3 maja,  a jego skutki dla rozwoju i pozycji Polski były i są rzeczywiście istotne?

Wydarzeń takich można by wskazać wiele, a fakt doceniania bądź nie danych faktów jest wypadkową ich rzeczywistej wagi oraz potrzeb bieżącej polityki historycznej, ze wskazaniem na to drugie: vide losy świętowania Konstytucji czy nawet odzyskania niepodległości w 1918 r.

Najczęściej – nie tylko u nas – fetuje się sukcesy militarne, bo one świadczą o witalności państwa. Przykładowo Francuzi i Anglicy nadal obchodzą 11 listopada jako dzień zwycięskiego zakończenia wojny, Rosjanie zaś radośnie defilują 9 maja. Ba, po rozpadzie ZSRR znaleźli sobie nowe święto w okolicy daty rewolucji bolszewickiej, pardon, Wielkiej Socjalistycznej Rewolucji Październikowej – zauważmy deprecjację tego wydarzenia, siłą narzuconego również nam jako temat do rocznicowych apelów –  i celebrują rocznicę wypędzenia Polaków z Kremla. Bardzo mi się to nawet podoba, bo przynajmniej przypomina Rosjanom, że kiedyś trzymaliśmy Moskwę w naszych rękach. Czy zwróciła Pani uwagę na niemal całkowite pomijanie rocznic niemilitarnych?

Tak, to prawda.

Kto się przejmuje datą urodzin Chopina? Albo Kopernika czy może datą publikacji jego „Obrotów ciał niebieskich”? Może ktoś chociaż wspomni o urodzinach Mickiewicza, Słowackiego, Norwida? Jeszcze Jana Pawła II przypominamy, ale coś mi się widzi, że nie tyle z powodu jego nauki, ale dlatego, że „wielkim Polakiem był” , że sparafrazuję Gombrowicza, i „zdobył Rzym” dla nas; mile zatem połechtał naszą dumę narodową.

Postulowałbym zatem mocniejsze upamiętnianie rocznic związanych z życiem kulturowym narodu, jako że – znów cytat z klasyka, tym razem renesansowego – „zawszeć trwalszy owoc dowcipu niż siły”.

A gdyby jednak pozostać w kręgu militarnym, to okazja nam się w tym roku sama podaje – 9 października, zawarcie traktatu z Osmanami, zwycięsko kończącego obronę Chocimia w 1621 r.

Co możemy tu świętować?

Nie tylko powstrzymanie turecko-tatarskiej nawały, ale fakt, że stało się to wspólnymi siłami Polaków, Litwinów i Kozaków, których można uznać za reprezentantów dzisiejszych Ukraińców. Był to w naszych dziejach rzadki przykład zgodnej współpracy trzech głównych narodów Rzeczypospolitej, które działając razem pokazały prawdziwą siłę wielkiego państwa.

Rozmawiała Katarzyna Dominiak

IMG 7321

Dr hab. Dariusz Milewski, prof. ucz. z  Katedry Historii Nowożytnej Instytutu Historii UKSW. Zajmuje się historią wojskowości staropolskiej i kontaktami Rzeczypospolitej z Kozaczyzną, Osmanami i ich europejskimi lennikami.

Źródło: uksw.edu.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

2 × one =