„Niektóre utwory wgniatają w fotel”- wywiad z Tomkiem „Kowalem” Kowalskim, zwycięzcą IV edycji Must Be The Music

 

Tomek „Kowal” Kowalski – zwycięzca IV edycji Must Be The Music, wokalista, muzyk, związany rolą Ryszarda Riedela z Teatrem Śląskim – człowiek, który każdego dnia udowadnia nie tylko sobie ale i innym, że walczy się do samego końca. Zapraszam was do lektury.

rozmawiała :  Oliwia Długosz Radio UKSW

O: Witam,chciałam zacząć od samego początku, czyli epki „Nie żałuję” nagranej Fama Blues Band. Przyznam szczerze, że kiedy patrzymy na artystę, który w młodych latach otrzymuje nagrodę im. Tadeusza Nalepy spodziewamy się czegoś niekonwencajlnego, niszowego, a utwór Sen jest klasycznym radiowym hitem.

T: Cześć. Wiesz, ja chyba nigdy jeszcze nie grałem w zespole z taką muzyką jaką bym chciał, w sensie jaką lubię najbardziej. Czasami gdzieś gościnnie, ale zaczęło się od tego, że poznałem chłopaków którzy grali bluesa, takiego klasycznego albo delikatnego rocka i tak wyszło. Zacząłem brać udział w różnych przeglądach, konkursach, gdzie  on  właśnie dominował, a później nagle człowiek się przeniósł do wielkiego świata „ala Warszawa”, gdzie różne stacje radiowe mówiły co jest trendy itd. i nagle trzeba było się zderzyć z inną rzeczywistością, zmienić troszeczkę klimat… ale ja jakoś nie miałem z tym problemów i moja osoba na szczęście przez to nie ucierpiała. Nie widziałem problemu w zaśpiewaniu czegoś innego niż to z czym zaczynał zespół Fama. Nigdy mi nie przeszkadzało czy jest to blues czy coś innego.

O: Skoro nie przeszkadza Ci zmiana stylu, dlaczego nie grałeś nigdy tego co byś chciał?

T: Wiesz, generalnie jest to muzyka skrajna, może nie aż tak strasznie ale zawsze chciałem grać ciężką muzykę…może przesadzam, ale słucham ciężkich brzmień i chciałem grać coś ala heavy metal, thrash metal. Nie mówię o death metalu, czy czymś cięższym, ale ogólnie metal jak to się mówi. A tak naprawdę gram od dziecka z tatą w kapeli ludowej, później miałem długą przygodę z graniem po weselach, ponieważ trzeba było zarabiać na życie, a w końcu człowiek wylądował w bluesie.

O: Jak to jest grać w kapeli folkowej? Nie jest to u nas poważnie traktowany gatunek, a kapela „Mariany” odnosiła liczne sukcesy.

T: W sumie jak ja już zacząłem grać z ojcem, to było wiele tych koncertów… Koncert to może jednak zbyt wiele powiedziane, po prostu występy. Tata nigdy nie mówił o koncertach, tylko raczej o występach. Generalnie nie ma znaczenia czy człowiek śpiewa muzykę ludową, ważne aby to mu duszy grało i  tak naprawdę musi czuć masę różnych klimatów. Ja nie miałem z tym nigdy problemów, chociaż te wyjazdy z kapelą ludową były bardziej rock’n’rollowe niż z innymi ludźmi, z którymi grałem nie raz. Od łepka udzielałem się w różnych projektach i nie miało to znaczenie, czy Kowal śpiewa na ludowo, czy metal odgrywa. To wszystko ze sobą współgrało, najważniejsza jest muzyka. Nie lubię określenia „folk”, bo to jest muzyka folklorystyczna, a folk przyszedł z zachodu. Kapele folkowe łączyły się z różnymi innymi gatunkami tak jakby chociaż Enej, którego muzycy łączą różne klimaty muzyczne, a Marciny z Marcinowa grają od 1979. W pierwszym składzie byli sami faceci, później ich żony zaczęły się buntować i nastąpiło dołączenie pań do składu. Rzeczywiście kapela ta wygrywała, aczkolwiek ojciec rzadko chciał brać udział w różnych przeglądach, ponieważ  uważał, że nie były mu potrzebne… i tak mieliśmy wiele występów. Jeśli jednak już nasza kapela brała udział w jakimś przeglądzie to młóciła konkurencję. Z resztą ojciec to jest taki gawędziarz, że jego konferansjerka, czy jakiś przekaz ze sceny to było mistrzostwo świata,wszyscy uśmiechnięci i za to też ojca często zapraszano, ponieważ ma niesamowity dar takiego utrzymywania kontaktu z publicznością, że chciało się chodzić tylko po to, żeby go posłuchać.

O: Powiedziałeś, że nie lubisz określenia”muzyka folkowa”. Powracamy więc do terminu „muzyka ludowa”, w sumie to Ty jesteś ekspertem od muzealnictwa i etnologii.

T: Folk brzmi nijak, muzyka jest folklorystyczna, chociaż skracana jest do folku. Ja wychowałem się na określeniu muzyka ludowa. W taki sposób nazywali ją Ci, którzy po prostu w tej kapeli grali. To byli muzycy bez wykształcenia, nauczeni gry na wsi: skrzypek, bębniarz, czy akordeonista. Oni nie kojarzyli tego co robią ani z muzyką folklorystyczną, ani folk, tylko z ludowizną. Są osobami żyjącymi na wsi, ludowizna brzmi tak swojsko, a folk jakoś nie przemawia do mnie.

O: Marciny to fantastyczny epizod w Twoim życiu, jednak to z Fama Blues Band stanąłeś do eliminacji IV edycji Must Be The Music mimo to na scenie pojawiłeś się sam.

T: Powiem Ci jak to było dokładnie, Fama Blues Band to kiedyś była Fama. Zespół, który zaczął pierwsze próby dostał sprzęt nagłośnieniowy od knajpy „Fama” i tam nas po prostu przygarnęli, pomagali nam, i tak pozostała ta nazwa. Później pojawiło się właśnie Fama Blues Band, bo zaczęliśmy grać bluesa, później zostało FBB i w końcu to się rozpadło. Generalnie plan był oczywiście taki, żeby wziąć udział z całym zespołem. W trakcie ostatniej próby przed precastingiem została podjęta decyzja, a właściwie to chłopaki wymiękli, stwierdzili, że gramy tak nieciekawie, nic nowego, że właściwie to sobie sami zaszkodzimy, a takich zespołów jak my to będzie wiele itd. Chłopcy można powiedzieć, że się troszeczkę poddali i powiedzieli „idź sam” to też będzie dobrze, bo sam może lepiej sobie poradzisz. To ja powiedziałem że mam to…tratata itd. Stwierdziłem, że i tak pójdę bo decyzję podjąłem i właściwie jak patrzyłem po tym programie, bo go nie oglądałem wcześniej  za bardzo, ewentualnie końcowe występy zwycięzców, zazwyczaj ten nieszczęsny wokalista jest najbardziej doceniany. Faktycznie muzyków jest wielu, a wokalistów oryginalnych czy naprawdę dobrych jest niewielu. Nie twierdzę, że ja taki absolutnie jestem i nie twierdziłem, kiedy tam szedłem. Ale jak sobie powiedziałem że pójdę chociażby sam to tak zrobiłem. Pojawiłem się tylko z kolegą Mateuszem Frączakiem, który był moim pianistą. I tak byliśmy wpisani na listę zespołów, nie wokalistów których tam było masę i śpiewali na sucho. Ja na szczęście miałem Mateusza, który mi zagrał, więc mi się udało.

O:MBTM zmieniło wiele w twoim życiu. Ponownie pojawiłeś się już po wypadku. Jakie to uczucie ponownie stanąć na tej samej scenie, tym razem już w innej roli?

T: Kiedy emocje Kory sięgną zenitu to potrafi konkretnie powiedzieć to co czuje. Jak była moja edycja… Ja raczej jestem pokorny i nigdy nie gwiazdorzę, tylko z pełną pokorą podchodzę do tematów. Być może ona to wyczuła, bo już wtedy Kora bardzo ciepło się o mnie wypowiadała. Mam wrażenie, że po tym wypadku po prostu lepiej rozumiała, co czuję, doceniała, że wróciłem do tego co robię, bo ją także spotkało coś przykrego, jeśli chodzi o jej zdrowie. Coś paskudnego. Być może znała to uczucie kiedy człowiek próbuje wrócić do dawnego życia i utożsamiła się ze mną. Poza tym jest to bardzo wrażliwa artystka, człowiek i jeżeli te emocje jakoś bardzo pójdą w górę, złapią za serce, to taka jest: żywo reaguje, co widać i czego nie da się ukryć. Widać było faktycznie po niej…Kiedy oglądałem ten program widać było wręcz łzy w jej oczach, więc wielki szacunek dla niej, bardzo wrażliwa osoba.

O: Wspomniałeś o powrocie do dawnego życia. Jesteś drugim artystą, zaraz po Monice Kuszyńskiej, który tak czynnie koncertuje po takim wypadku. Grasz w małych, ale znaczących dla południa klubach jak Katofonia. Nie było gdzieś w Tobie tych wewnętrznych blokad?

T: Na szczęście z psychiką nie mam problemów <śmiech> Kiedyś topiło się problemy w szklance wódki, a teraz nie… Nie no żartuję. Nie mam problemów, skoro siedzę, jedynie stać nie mogę ale nad tym pracuję.

O: Spokojnie w szklance wódki? A wiesz, że są jeszcze osoby z Twojej okolicy, które pamiętają, że można było od Ciebie oberwać w różnych sytuacjach.

T: Ooo… <śmiech>

O: Krążyła teoria, że jak gdzieś jest zamieszanie to jest tam Kowal tylko nie wiadomo, z którym bratem.

T: O kurcze, aż tak? <śmiech> Jeszcze mi powiedz tylko kto Ci tak powiedział, a chętnie się z nim spotkam. No nie gadaj… No pięknie. Na szczęście mam trzech braci, to tylko z jednym wojowałem, bo jakby się wszyscy Kowalscy zebrali to byłoby ciekawie. Żarty, żartami ale człowiek nigdy nie powinien pozostawać obojętny na krzywdę innych. Wtedy się reaguje, a czasem reaguje chociaż nie trzeba…dużo by opowiadać. W każdym razie ciesze się, że takie informacje też dochodziły. Wszystko się zmieniło. Kiedyś wiele lat trenowałem sztuki walki i to była moja miłość, zdecydowanie większa od muzyki. To właśnie pomogło mi po wypadku i pomaga mi w rehabilitacji, ponieważ chciałbym odzyskać na tyle dobre czucie, żeby móc śpiewać na stojąco. A Monika Kuszyńska, niestety nie poznałem, ale super, ze dziewczyna  wróciła do koncertów, śpiewania. Ja natomiast na Śląsku koncertów już się nie mogę doczekać. Kilka klubów odwiedzę, faktycznie część nie jest zbyt wielka ale fajnie jak jest chociażby jedna osoba na sali i słucha i jej się podoba. Nieważna  ilość, ważna jakość.

O: Jesteś na rynku już długi czas, a w ciągu ostatnich kilku lat widzimy ewidentny spadek zainteresowania koncertami. W małych pubach mieszczących kiedyś kilkadziesiąt osób, dziś pojawia się zaledwie klika – kilkanaście. Jak to wygląda z Twojej perspektywy?

T: Muszę przyznać, że póki co jak się gdzieś pojawiałem, to byłem zaskoczony frekwencją, bo zawsze ta przysłowiowa rzesza ludzi była. To było miłe, że Ci ludzie potrafili wyjść z domów, bo wiadomo, ta łatwość dostępu przez internet, telewizję faktycznie powoduje, że na koncerty chodzi coraz mniej osób. Sprawdzają co mają w komputerze czy co leci w radiu i tyle. Liczę na to, że to w jaki sposób chcę dać swój przekaz ludziom, ta usilna próba powrotu do zdrowia z dawnego czasu, motywuje ludzi do tego, żeby przyjść i zobaczyć tego kolesia na wózku. Być może to przemawia, motywuje ludzi, a mnie to cieszy bo tak jak często mówię,piszę jest to szukanie pozytywów po takim wypadku. To być może jest jeden z takich pozytywniejszych aspektów tego wszystkiego. Niestety, ale ten wypadek sprawił, że być może zaciekawiam ludzi, że chce się im przyjść na koncert i zobaczyć tego gościa, który walczy i śpiewa na tym wózku. Oczywiście media mają to gdzieś tam, ale to ma minimalne znaczenie, bo nie robię tego dla nich, tylko dla ludzi. Chcę udowodnić sam sobie, że to wszystko miało sens. Na Woodstocku to była rzecz, której nie zrobił żaden inny człowiek na świecie, a przecież na świecie jest masa niepełnosprawnych wokalistów, ale żaden nie wystąpił do tej pory przed taką masą ludzi, w takiej maszynie, a mimo to media nie są tym zainteresowane. To po raz kolejny udowadnia jak media interesują się losem ludzi takich jak ja, a to jest cios. Oczywiście można relacjonować gale, czy kto się w co ubrał, co komu było widać…żenada po prostu. Jak ktoś zrobi coś co dla ludzi, coś co jest mega motywujące ich to nie obchodzi. A może taki występ z Kubą Płuciszem mógłby im poprawić humor, świat jest różny i różne rzeczy się na nim dzieją, ale większość musi się sama borykać ze swoimi problemami. Media natomiast zajmują się innymi rzeczami i to jest chore.

O: Stąd pomysł na „Mam wyzwanie”?

T: Nie był to mój pomysł. Generalnie to była propozycja firmy Ergo Hestia i dobrze dla mnie, ponieważ bardzo mi to pomogło się otworzyć. Do tej pory nie pisałem o sobie, chyba, że tworzyłem tekst do jakiegoś kawałka. Mam wyzwanie okazało się fajnym pomysłem, który trafił do sporej grupy ludzi.

O: Skoro o Ergo Hestii mowa. To przy współpracy z nimi powstał teledysk do jednego z Twoich utworów, pojawiły się koncerty na pomorzu.

T: Tutaj jest mowa o całej współpracy. To jest można by rzec zrządzenie losu, kolejny pozytywny aspekt tego wszystkiego. Firma Ergo Hestia w rok mojego wypadku rozpoczynała taką akcję pomocy poszkodowanym, nie kończącej się na wypłacie odszkodowania. Powstała firma fizjoterapeutyczna  przy Ergo Hestii w Sopocie. Jako pierwsza firma w Polsce zaczęli pomagać pacjentom po wypadkach w powrocie do normalnego życia. Ja stałem się ambasadorem tej akcji, bo nagle okazało się, że osoba, która spowodowała mój wypadek była u nich ubezpieczona i firma ta się mną zajęła. Jakby to ująć, spadłem im z nieba, no i generalnie Ergo Hestia wsparła moje rehabilitację, egzoszkielet w którym pracuję, należy do nich. Teledysk powstał też po to,żeby pokazać ludziom, ze po wypadkach można normalnie żyć, choćby śpiewać. Cały czas pokazywali na moim przykładzie, że nie należy poddawać się przy rehabilitacji. Otworzyli genialny program i mam nadzieję, że więcej firm ubezpieczeniowych w to będzie się angażować, żeby pomoc poszkodowanym nie kończyła się na ubezpieczeniu. Tak to wyszło i bardzo się cieszę. Do tej pory mam z nimi świetny kontakt, poza tym Ergo Hestia zorganizowała mi dużo koncertów. Były to fantastyczne koncerty i mam nadzieję, że jeszcze kiedyś tam pojadę.

O: Zarówno teledysk jak i cały utwór „Na końcu drogi” jest balladą radiową. Świetnym kawałkiem do codziennego życia i skąd taki ciąg w stronę popkultury u osoby, która związana jest raczej z niszą. Nagrody im. Tadeusza Nalepy nie ma na swoim koncie każdy twórca grany w radiu.

T: Generalnie z tego nie da się wyjść. Popkultura…ta kultura moim zdaniem jest wszędzie. W którą stronę byśmy nie ruszyli to i tak do nowego miejsca nie dojdziemy. Ja nie chcę znikąd wyjść. Moja twórczość to dopiero… Już dawno powinienem wydawać co najmniej drugą płytę, <śmiech> a tu chwilowo tylko epki itp. Wszystko się w czasie przesuwa, bo ciągle coś. Szukając mnie po internecie to można odnaleźć dwa, trzy utwory. Mimo, że z FBB mieliśmy sporo utworów i to takich unikatowych. Przy mieszance kilku stylów w jednej kapeli musi wyjść coś ciekawego… ciekawego, tak sobie wmawiam. FBB się rozpadło, zmieniliśmy skład i teraz z nowym projektem nagrywamy płytę, wprawdzie nie zdradzę daty premiery. „Na końcu drogi” znajdzie się jednak na solowej płycie i fakt, faktem jest to bardzo klarowny utwór. Muzyka jest prosta,a teksty to już tajemnica twórcy.

O: Longplay jest nadal Twoim niespełnionym marzeniem, jednak prace nad nim trwają. Zdradź nam, czego możemy się po nim spodziewać. To będzie mieszanka wybuchowa, czy raczej spokojny krążek na jesienne wieczory?

T: Generalnie nie będzie to nic odkrywczego, żaden nowy gatunek muzyczny, połączenie jazzu ze śpiewem słowika w lesie i disco polo. No nie, tam się nie pojawi… Ale będzie to płyta mieszana. Jeden numer na 100% będzie sprzed wypadku, z resztą „Za zasłoną” znajduje się na yt. Płyta będzie połączeniem bluesa, czegoś cięższego „ala rock” ale będzie i poprock… A dlaczego tak będzie? Po prostu chodzi o osoby, które na moim fb często piszą, komentują. Są to zarówno dzieci, jak i dorośli,nawet bardzo ludzie, nawet dużo starsze. Mam nadzieję, że na tej płycie każdy znajdzie coś dla siebie. Jakiś jeden kawałek, który będzie w jego klimacie.

O: Podobne zdanie padło w kontekście jednej z pierwszych płyt Dżemu. Czyżby ta inspiracja postacią Ryśka była aż tak silna? Jakby nie było wasze historie mocno się splotły ze sobą.

T: No tak. W moim odczuciu bardzo, ponieważ utwór Dżemu „Modlitwa Trzy: Pozwól Mi” zapewnił mi zwycięstwo w MBTM, bo jestem pewien, ze tylko ten jeden utwór. Później okazało się, że Rysiek dalej mi towarzyszy, bo przez przypadek…Czy ja wiem, czy przez przypadek? Po prostu wziąłem udział w castingu do roli Ryśka w Teatrze Śląskim i udało mi się zagrać postać Rysia w teatrze, a wtedy poznałem lepiej jego biografię. Widziałem miejsca w których bywał, bo w końcu Górny Śląsk, Tychy, Chorzów, czy Katowice, tam mieszkał i tworzył, a dla mnie nadal jest wyjątkową postacią i cały czas mi towarzyszy. Śpiewałem wiele utworów Dżemu w teatrze i jakby  nie mogę odejść już od tych utworów i nawet nie chcę, bo są rewelacyjne. Szczególnie teksty zwracają uwagę, w których  Rysiu pisał biograficzne wątki i to one w połączeniu z muzyką są mistrzowskie. Chciałbym właśnie żeby moja płyta była tak uniwersalna jak muzyka Dżemu. Niektóre utwory wgniatają w fotel, jak to się kolokwialnie mówi.

O: Jak czułeś wcielając się w legendę. Człowieka, którego mamy jeszcze w pamięci, który ciągle żyje między nami, bezwzglęgu na pokolenie. Człowieka innego niż wszyscy.

T:  Innego niż wszyscy… mówili kiedyś tak o mnie,a teraz to już w ogóle. Kiedyś artysta, muzyk rockowy kojarzony był z pijakiem, narkomanem, może nadal tak jest. Ja na szczęście byłem przeciwieństwem tego, w tym środowisku muzyków to też „a bo z Kowalem to nie”, ” a bo Kowal to sportowiec” itd. Inny wzorzec… To dlatego rozumiałem troszeczkę, jak być innym od reszty świata, w którym jestem i to bardzo połączyło mnie z Ryśkiem, a poza tym nie wiem czemu pierwszy raz w 1999 roku zaśpiewałem pierwszy raz Dżem. Muszę się przyznać, że nie śpiewałem wcześniej Dżemu, zawsze cięższe klimaty. Dopiero jak poznałem chłopaków z zespołu Fama zacząłem sięgać do ich muzyki. Wiadomo, że od łepka znało się pojedyncze utwory tak jak Whisky, bo to najsilniejszy utwór. Mimo, że jakiś czas grałem i śpiewałem to Dżem nie wchodził w rachubę, wszystko się zmieniło, kiedy koledzy z zespołu kazali mi się nauczyć Listu do M. Posłuchałem Ryśka raz, wyłączyłem i zaśpiewałem po swojemu ale okazało się, że ta twórczość stała się mi na tyle bliska, że „spotykaliśmy się ” muzycznie z Ryśkiem na scenie już częściej.

O: Chciałam wrócić na chwilę do dnia premiery „Skazanego na Bluesa” w Teatrze Śląskim. Pamiętamy ogromny sukces tego spektaklu po katastrofie jaką okazał się film. Miał on być genialną biografią, a był klapą, która  wypaczył obraz Ryśka dla wielu pokoleń. Pamiętam wypowiedzi Sebastiana,który ukazywał ojca zupełnie w innej odsłonie, wspominał koncerty, wycieczki. Jak to wyglądało z waszej strony? Nie obawialiście się, że spektakl może powtórzyć historię filmu?

T: Generalnie film nie był klapą. Nikt w rzeczywistości Ryśka nie znał, nie wiedział czy film był prawdziwy, czy nie. Mnie się wydaje, że legenda Ryśka w Polsce jest taka jaka jest. Film obejrzały setki osób, które płakały, nie zdając sobie sprawy z tego jaki był. Nie znali faktów. Dopiero później Sebastian, czy Małgorzata, nieżyjąca już niestety, zaczęli mówić, że film skłamał. Znam Sebastiana, jesteśmy kolegami, dużo rozmawialiśmy o tacie i mimo, że jest bardzo oszczędny w słowach nigdy nie potwierdził, że był to taki człowiek jak w filmie. Jeśli chodzi o nasz spektakl, nie było tam aż tylu drastycznych scen jak w filmie. Był tam podział na dwa akty. Pierwszy był bardzo wesoły i to bym powiedział było piękne, bo Ryśka życie było wesołe. Drugi akt nawiązywał już do tego, ze nałóg zdominował życie, faktycznie pokazywał upadek człowieka. Mimo tego wszystkiego spektakl pokazał Ryśka w roli super ojca, zainteresowanego synem, a nie jak w filmie obcy. To jest jednak prawo kina, scenariusz musi pogłębić smutek widza, żeby zdobyć odpowiedni efekt. Ja się nie bałem, szczerze nawet o tym nie myślałem, bo jeszcze nie znałem wtedy życiorysu Ryśka jak powiedzmy teraz. Film widziałem może raz, żeby właśnie nie sugerować się. Czasami wbrew zaleceniom Arka Jakubika, który był reżyserem, ponieważ on chciał, żebym grał Ryśka jako takie wieczne ciepłe kluchy. Miał być wiecznie rozmarzony, zamulony, naćpany czy nie wiem jak to określić, bez energii. To na szczęście była moja decyzja, która okazała się strzałem w dziesiątkę, ponieważ Rysiek nie był człowiekiem, który bał się swojego cienia. Z tego co wiem, nigdy nie udało się nikomu nakryć go na przyjmowaniu kolejnej działki, zawsze to ukrywał, a z tego co wiem to był wspaniałym ojcem i długo by można na jego temat rozmawiać.

O: O takich ludziach można rozmawiać godzinami. Mam nadzieję, że następnym razem będziemy tak długo dyskutować już o Twojej płycie. Dziękuję serdecznie za wywiad.

T: Dzięki